Wyprawy KTR Sigma trochę dalej od domu

9 Europejski Tydzień Turystyki Kolarskiej UECT - Szwajcaria, lipiec 2013

W samej Szwajcarii pokonaliśmy 1400 km samochodem, około 600 km rowerem i kilkadziesiąt pieszo. Dlaczego zaczynam wspomnienia z tak wspaniałego kraju od takiej prozaiki. A dlatego, że przemierzając ten kraj nie spotkałem żadnej dziury - przepraszam -raz było wyżłobienie w asfalcie, które w żaden sposób nie mogło komukolwiek zagrozić. Dla nas Polaków otrzaskanych z dziurawymi drogami jest to absolutna abstrakcja - widocznie może być inaczej.

01.07.2013 Wyjazd z Poznania przez Niemcy na pole namiotowe w Szwajcarii. 1250 kilometrów autostradami - cholernie nudno ale za to bardzo szybko. Po przejechaniu Niemiec, u których wszystko jest świeże, barwne i świetnie skomponowane z otoczeniem - pierwsze wrażenie - że na terenie Szwajcarii jest odczucie nieładu, dachy domów w ogromnej większości stare, bardzo ciemne, często obrośnięte mchem. Generalnie kliniczna czystość, wszystko porobione bardzo solidnie, ale bałagan perspektywiczny i brak planu urbanistycznego. Turystów głównie z zachodu zwiedzających ten piękny kraj można podzielić na dwie grupy. Pierwsi w wypasionych kamperach, wożących praktycznie cały swój dobytek, drudzy posiadający rower, jednoosobowy namiot, karimatę, śpiwór, malutki palnik i trochę żywności. I w tym towarzystwie nasz Lanos załadowany do granic możliwości, brakowało tylko, raków i lin taterniczych. Wiesia załadowało wszystko co tylko było potrzebne a głównie jedzenie. Dzięki koleżance z pracy, mieliśmy turystyczną lodówkę zasilaną z akumulatora samochodowego jak i z sieci naziemnej, w której wieźliśmy, smażone kotlety, sery, wędlinę, mleko i przez trzy tygodnie wszystko zachowało świeżość.

02.07.2013 Po południu dotarliśmy do Thun-Gwatt kanton z językiem niemieckim i na polu campingowym ( TSC Camping Thunersee) rozbiliśmy nasz czteroosobowy namiot. Uwaga ! wtyczki do prądu w Szwajcarji są inne wąskie sześciokątne - nasze nie pasują i należy mieć redukcję, którą właściciel kampingu, bez zbędnych pytań po prostu nam pożyczył. Duży dwuosobowy materac funkcjonował jak łóżko wodne, każde przesunięcie lub obrót ciałem powodował falowanie - uczucie bliższe marynarzom niż turystom. Po wbiciu ostatniego śledzia, pogoda jakby na to czekała zaczęło lać i tak lało przez całą noc. Na drugi dzień popadywało, ale pogoda wyraźnie się polepszała. Pierwszą napotkaną osobą nomen omen był Polak mieszkający także w namiocie rozbitym obok nas- zamieszkały na stałe w Niemczech a pracujący na zlecenie w miasteczku.

03.07.2013 Zrobiliśmy sobie rekonesans rowerami po miasteczku Thun, jednak co jakiś czas chowaliśmy się przed ulewnym deszczem. Fajnie nas ta Szwajcaria wita. Kraj, który zwiedzali, żyli, a nawet umierali nasi poeci, pisarze, różni działacze, a dla arystokracji taki wyjazd to był obowiązkowy kanon z grą w kasynie włącznie. Powrót i przetestowanie składanego stołu, krzesełek turystycznych, kuchenki i innych ważnych gadżetów. Wszystko kapitalnie zagrało i już bardziej optymistycznie patrzyliśmy w przyszłość.

04.07.2013 Pogoda dobra - przywitało nas słońce jeszcze za chmur aby po czasie zaświecić pełnym blaskiem i tak do końca pobytu nam bezustannie świeciło. Zaczęliśmy planowe zwiedzanie - dojazd samochodem do Stelkelbergu - kolejka linowa rozsławiona przez kręcenia tam filmu James Bond 007. Nie wjechaliśmy tam, ze względu na otaczające na tej wysokości chmury, zasłaniające widoki. Później dojechaliśmy do następnego parkingu i zwiedziliśmy Trummelbachtalle - wodospad wydrążony przez wodę przebiegający środkiem góry. Wjazd zębatą kolejką pionowo w górę - Gubałówka przy tym ma małe nachylenie - i przed szczytem wstrząs - ściana zakończona żelazną drabiną - niezabezpieczoną. Turyści głównie z Japonii spojrzeli po sobie, po nas z ogromnym zdziwieniem - jak się z tej kolejki wydostaniemy. Wystarczyło się obrócić i przez już otwarte drzwi bezpiecznie wejść na podest. Jedno z najbardziej niesamowitych miejsc w Szwajcarii - wodospad. Nie byłoby w nim nic szczególnego... tylko że to wodospad podziemny w wieloma kaskadami. Woda lodowcowa spływa tutaj z masywu Jungfrau. Co sekundę przelewa się jej 20 000 litrów. Wewnątrz panowały bardzo trudne warunki do fotografowania - w powietrzu unosiły się drobinki wody, no i było ciemno, ale zdjęcia nie są aż tak złe. Później już tylko zachwyt nad widokami a także nad przejściem wykonanym niezwykle pedantycznie. Schody prowadzące zwiedzających do samego dołu wykonane tak jak w naszych domach, ani o milimetr większe ani mniejsze. Poręcze doskonale zakonserwowane bez śladu rdzy, a para wodna wisi w powietrzu całą dobę. I tak już było do ostatniego dnia pobytu w Helwecji, nie było możliwości przyczepienia się do czegokolwiek - taki nudny kraj. Imponujące widoki dla których warto zwiedzać tą część Europy. W miejscach naszego pobytu i przejazdach towarzyszyły nam Alpy, szczyty zaśnieżone, groźne, wyzywające, monumentalne i piękne. Często spadające kilkusetmetrowe wodospady - właściwie to kaskady - widoki zapierające dech w piersiach. W tym samym dniu dojechaliśmy do Meiringen i przeszliśmy pieszo doskonale wykonaną kładką wzdłuż całego przełomu rzekę Aares. Kładka jest przyczepiona do skały bardzo solidnie a dla możliwości przejścia całego przełomu są wydrążone tunele w miejscach gdzie nie było jak zamocować podestu do czegokolwiek.

05.07.2013 Wyjazd na wymarzony lodowiec - na przełęcz Jungfraujoch, oddzielającą Jungfrau od sąsiedniego Möncha, prowadzi najwyżej położona w Europie kolejka zębata. Góra Jungfrau jest objęta rezerwatem, znajdującym się na liście światowego dziedzictwa UNESCO razem ze szczytem Bietschhorn oraz lodowcem Aletsch. Jungfrau zajmuje trzecie miejsce wśród wszystkich szczytów Alp Berneńskiech. Samochodem dojechaliśmy do Lauterbrunnen, dalej już tylko kolejką zębatą. Tak samo jak wjeżdżamy kolejką na Gubałówkę, podobnie tutaj, tylko kolejką z normalnymi wagonami pod tym samym kątem nachylenia z małą różnicą - na Gubałówkę wjeżdżamy parę minut, tam dwie godziny. I tutaj nasi ekolodzy posikaliby się ze złości. Góry podziurawione tunelami jak sito, na samym szczycie zabudowania w stylu disnejowskim gdzie są ruchome chodniki a do lodowca zjeżdża się windą. W lodowcu wykute korytarze, wygładzone, dopieszczone z poręczami aby turysta nie odniósł najmniejszego szwanku. Nie chcę się powtarzać - widoki dla których warto tam być i które każdy zwiedzający zapamięta do końca życia a zwłaszcza nizinny Poznaniak. Na samym szczycie 3554 npm odczuwalny jest brak tlenu i objawy braku powietrza - człowieka po prostu zatyka. Wiesia jednak ambitnie poszła zobaczyć jęzor lodowca z bliska, niestety z powodu dużej ilości zalegającego śniegu niezbyt wyraźny. Powrót z tytułu wysokości i rozrzedzonego powietrza cholernie męczący. To była najdroższa wycieczka podczas naszego pobytu 270 CHF (franki szwajcarskie) czyli 945 złotych. Dzięki polskiemu małżeństwu zaoszczędziliśmy 46 CHF , parkując za darmo przy ich hotelu oraz za ich poradą kupiliśmy bilety na raty płacąc 44 CHF mniej, razem 90 CHF czyli 315 złotych.

06.08.2013 Trochę błądząc dojechaliśmy na zlot rowerzystów z całej Europy zorganizowany przez UECT (Union Europeene de Cycloturisme) w Yverdon-les-Bains. PTTK wstąpiło do UECT w 2004 roku a nas reprezentuje Stanisław Karuga i Waldemar Wieczorkowski. Przybyło 1511 osób, najwięcej z Francji 1168, niektórzy mieli do swojego domu tylko 20 kilometrów. Następną najbardziej liczną grupa była Ukraina 156 - osób, Polska - 85 osób, i reszta po kilka osób w tym 4 osoby ze Szwajcarii. Przebywając na różnych zjazdach organizowanych w Polsce gdzie był popis organizacyjnej sprawności i prawie rozrzutności w rozdawaniu gadżetów, wód mineralnych, drożdżówek, koszulek zjazdowych a przede wszystkim prawie nadopiekuńczość to Yverdon-les-Bains w tej konfrontacji wypadło fatalnie. Szwajcarzy uważają oszczędność za cnotę , ale takiego skąpstwa, które uświadczyliśmy od gospodarzy nie zanotowano w najgorszych i najsłabszych spotkaniach od kilkudziesięcioleci. Woda mineralna w butelkach 0,33 ltr kosztowała 4 CHF czyli 14 złotych i była serwowana w specjalnie do tego celu przygotowanych miejscach na trasie. Obok na szczęście płynęła z publicznego kranu, zimna, krystaliczna górska woda i gospodarze nie sprzedali ani jednej butelki.I tak już było do samego końca. Miejsce pod namiot był skalistym podłożem i niech ktoś mi poradzi jak w taką glebę wbić śledzia. Normalnie namiot rozbijaliśmy kilka minut a w tym wypadku to trwało bardzo długo i praktycznie powyginałem wszystkie śledzie i szpilki, które nadają się tylko do wyrzucenia.

07.07.2013 Przejazd przez miasto, półtora tysiąca rowerzystów kolorowo ubranych to potęga i mieszkańcy Yverdonu zapamiętają tą nawałnicę do końca swojego życia - niesamowita masa krytyczna. Następnie nie kończące się przemowy i symboliczny poczęstunek winem i precelkami. Niech ktoś nie myśli że to dali Szwajcarzy - te skąpiradła wykorzystali, że następny zjazd odbędzie się w Portugalii i dużo biedniejsi Portugalczycy częstowali nas swoim winem i słonymi paluszkami. Trasy które wyznaczyli organizatorzy niezwykle ciężkie - w końcu to Alpy - długie wzniesienia wielokrotnie się powtarzające. Każdy jechał o porze przez siebie wybranej i w każdej chwili mógł zawrócić. Skumaliśmy się z Toruniem i pod egidą Waldka Wieczorkowskiego pokonaliśmy w tym dniu 51 kilometrów, mając przedsmak co nas czeka.

08.07.2013 Trasa zaplanowana na 90 kilometrów i po przejechaniu 30 kilometrów ciągle pod górę wystraszyłem się stromizn i zaproponowałem powrót. Tu chylę czoła nad desperackim krokiem Tereni, która zdecydowała się na dalszą jazdę. Ile pokonała kilometrów - nie ma znaczenia, liczyła się tylko wola walki i chwała jej za to. W tym dniu przejechaliśmy 67 kilometrów. Wieczorem świętowaliśmy urodziny Iwony - data urodzin to słodka tajemnica jubilatki i jej męża. Atmosferę chciał zepsuć upierdliwy sąsiad Francuz mieszkający w kamperze, posądzając nas o kradzież prądu. Zawołany przedstawiciel organizatorów zażegnał sprawę, sprawdzając wpłaty, sposób podłączenia się do prądu - i stwierdził, że wszystko w porządku. Francuz jak niepyszny zniknął w swoim kamperze i od następnego dnia pierwszy mówił "bonjour", a gdy jedliśmy to "bon apetit".

09.07.2013 Trasa jak zwykle dupna, parę godzin wjazdu pod górę i kilkuminutowy wariacki zjazd - szybkość do siedemdziesięciu kilometrów. Każda trasa odbywała się przy nieprzeciętnym upale i tylko litry wspaniałej górskiej krystalicznej wody utrzymywały nas w dobrej kondycji. W miasteczku zbuntowałem się Wiesi i zaproponowałem powrót na skróty - to był najbardziej uciążliwy skrót w moim życiu. Kilkugodzinna wspinaczka na szczyt przełęczy zjazd i znowu kilka godzin morderczego wjazdu. Obliczyłem od niechcenia, że w tym dniu 6 godzin wspinaliśmy się stromo pod górę. Pokonując ostatnią przełęcz i nie wiedząc co nas jeszcze czeka, wyczerpani do cna, zjedliśmy ostatnie batoniki, wypiliśmy ostatnie łyki kawy i staraliśmy się chociaż trochę zregenerować marniejące siły. Jaka była nasza radość po zjeździe - byliśmy na miejscu - zakup piwa i wina w Lidlu - tańsze niż w Polsce i chyba nawet lepsze. Prysznic w lodowatej wodzie - Szwajcarzy oprócz porannych godzin, oszczędzali na ogrzewaniu wody, wyłączając go - i jakże wspaniale smakujące zimne piwo już wcześniej włożone do chłodziarki.

10.07.2013 Jakby nam wczoraj było mało objechaliśmy otaczające nas jezioro Neuchâtel pokonując 111 kilometrów. Wszędzie kempingi i nieśmiertelne kampery. Zachodni turyści upodobali sobie ten styl wypoczynku i gdzie tylko możliwość to stoją jeden przy drugim - tworząc całe osiedla - ba całe miasta. Mijane miasteczka nastawione tylko na turystów, zadbane są naprawdę urocze, - wykorzystana każda szczelina pod zabudowę. W dupie mają jakąkolwiek ekologię i tylko bussines się liczy, wszystko zabetonowane lub wylane asfaltem. Ale trzeba przyznać - wszystko jest wykonane wprost pedantycznie i zrobione na wieki - żadnej improwizacji czy prowizorki.

11.07.2013 Waldek Wieczorkowski wymyślił trasę do przełęczy Św. Bernarda w Alpach Zachodnich. Ponieważ w busie był komplet pasażerów pojechaliśmy naszym Lanosem. Po drodze mijaliśmy jezioro Genewskie, widoki z autostrady niesamowite i bardzo emocjonujący wjazd na samą przełęcz. Gwałtownie wzrastająca wysokość, droga nie wszędzie zabezpieczona barierkami, coraz większe przepaście i jazda głównie na drugim biegu a momentami nawet na pierwszym - tutaj to już dech w piersi zapierał strach. Na szczycie przełęczy polodowcowe nieduże jezioro, zalegający śnieg i granica szwajcarsko- włoska. Zjechaliśmy po stronie włoskiej i powrót tunelem za 25 Euro na stronę szwajcarską. Jadąc wzdłuż brzegu jeziora Genewskiego minęliśmy granicę francuską i przed samą Genewą ponownie wjechaliśmy do Szwajcarii. Genewa miasto tylko dla bussinesu - tu urzęduje 40 organizacji o zasięgu światowym, ogromna ilość banków i przeróżnych firm handlowych. Miasto dopieszczone do ostatniego szczegółu - powtarzam - aż nudne. Charakterystyczna dla Genewy jest duża ilość skuterów i rowerów jako środek lokomocji. Znany park poświęcony reformatorom ewangelickim z Kalwinem na czele i wyłączona najsłynniejsza szwajcarska fontanna, jedna z największych w Europie i na świecie. Fontanna ta znajduje się na Jeziorze Genewskim.

12.07.2013 Przejechaliśmy rowerami około 40 kilometrów wzdłuż wybrzeża Neuchatel, mijając przystanie zapchane wspaniałymi jachtami, plaże, place zabaw i wszędzie poutykane kampery. Wykąpaliśmy się w krystalicznej zielonej polodowcowej wodzie i do końca dnia leniuchowanie.

13.07.2013 Zwiedziliśmy Yverdon i kupiliśmy na targu od tych chciwców kilka gatunków sera. Młoda sprzedawczyni gdy spojrzała na nasze proporczyki, jedna to malutka Polska flaga, druga to flaga Poznania, pochwaliła się że ma w naszym mieście bliskiego znajomego. Dała nam próbki różnych serów do spróbowania a także doradziła, który według niej był najsmakowitszy. Wieczorem braliśmy udział w uroczystej, pożegnalnej kolacji przygotowanej przez członków "Przygody Toruń" i ostatnia noc w Yverdon.

14.07.2013 Toruń w nocy już prysnął do Polski przez Wiedeń i Bratysławę, a my spokojnie się zwijaliśmy. Obiecaliśmy Tereni że jadąc do Montreux zatrzymamy się po drodze w Lozannie i możemy ją podrzucić na przystanek autobusowy, kursujący do Polski. Jak Wiesia wygospodarowała miejsce w tak przeładowanym samochodzie, to już jej słodka tajemnica, w każdym bądź razie Terenia z podręcznym bagażem i rowerem została dostarczona w odpowiednie miejsce. Zwiedziliśmy rowerami pobieżnie Lozannę i zostawiając samochód na parkingu cały czas zjeżdżaliśmy bardzo stromo na sam dół, aż do promenady nad jezioro Genewskie. Powrót w tak nagrzanym słońcem mieście albo raczej wspinanie nie należało do łatwych. Po drodze do Montreux zahaczyliśmy o pole namiotowe graniczące z jeziorem genewskim i po pytaniu czy mamy rezerwację wiedzieliśmy, że nie będzie łatwo znaleźć miejsce w tak słynnym kurorcie. Jednak odważnym sprzyja szczęście - kilka kilometrów dalej kierując się znakiem na drodze informującym o polu namiotowym, trochę odjeżdżając od jeziora, znajdowało się niewielkie pole a raczej sad z rozbitymi namiotami. Przesympatyczna starsza pani - właścicielka wskazała nam miejsce na namiot i poinformowała nas o cenach i warunkach tam panujących. Był prysznic z ciepłą wodą - fakt że na kilkanaście osób jeden. Kilka ubikacji, rynna a u góry lustra służące do golenia oraz następna rynna do mycia naczyń - tu już dominowała zimna woda. Prawie za tydzień pobytu zapłaciliśmy 80 CHF włącznie z prądem to jest 280 złotych. A teraz uwaga - ta miła pani sprawiła nam ogromną niespodziankę. Wypisała nasze nazwiska na karnetach z adresem jej posiadłości ( Villeneuve Les Bouleaux) które upoważniały nas przez cały tam pobyt do darmowych przejazdów autobusami, kolejami, kolejkami linowymi, kolejkami zębatymi a także wejścia do różnych muzeów za połowę ceny - prezent za kilka tysięcy złotych, który skrzętnie wykorzystaliśmy. Zauważyłem, że jedynymi beneficjentami tych karnetów byliśmy tylko my.

15.07.2013 Zwiedziliśmy Zamek Chillon - średniowieczny zamek obronny w kantonie Vaud w Szwajcarii, wzniesiony na skalnej ostrodze wrzynającej się w wody Jeziora Genewskiego, na jego wschodnim krańcu, między Montreux a Villeneuve. W XIV został zamieniony na więzienie, w którym więziono przez 4 lata szwajcarskiego duchownego i patriotę, przeora klasztoru świętego Wiktora z Genewy, François Bonivarda (był przykuty do piątego filaru w podziemiach zamku ). Rozsławiony przez Byrona, autora poematu romantycznego "Więzień Chillonu", który zwiedzał zamek w lipcu 1816 r. (na jednym z filarów widać wyryty przez niego podpis). Miłym akcentem była ulotka opisująca ten zamek w języku polskim. Codziennie jeździliśmy bulwarem obserwując super bogatych turystów - wyglądających raczej na znudzonych, sączących wcale niedrogie piwa i patrzących niewidzącym wzrokiem na przepiękną panoramę, Jak to się miało do nas - naprawdę w pełni korzystających z tamtych atrakcji.

16.07.2013 Korzystając z darmowych biletów z Territet kolejką zębatą wjechaliśmy na szczyt Rochers de Naye gdzie można było zobaczyć świstaki ( mając tak dobrze niestety nie zawijały czekolady w sreberka). Końcowe stacje od Caux były już płatne i za nas dwoje - płacąc połowę ceny wydaliśmy 50 CHF to jest 175 złotych a była to jedna dziesiąta trasy. W drodze powrotnej szukając zamku Sisi żony cesarza Franciszka Józefa wysiedliśmy na stacji Caux i zeszliśmy kilka stacji pieszo -szlakiem pieszym. Wyasfaltowane lub betonowe ścieżki raczej autostrady wykonane pedantycznie, jakże różniące się od naszych. Można pochodzić także po dzikich ale także przygotowanych ścieżkach już przypominających nasz folklor. Następnie według przewodnika dojechaliśmy autobusem do Vevey. W czasie I wojny światowej powstał w Vevey Szwajcarski Komitet Generalny Pomocy Ofiarom Wojny w Polsce, założony przez Ignacego Jana Paderewskiego i Henryka Sienkiewicza, który tu zmarł w 1916 w Hotelu Du Lac. Zwiedziliśmy to miejsce - postawiony jest tam pomnik zmizerniałego bardzo smutnego naszego słynnego pisarza - oraz tabliczka napisana w języku francuskim i polskim. Ulotki które rozsławiają, Montreux i Vevey zawierają różne znane osobistości np. rosyjskie, żydowskie, szwajcarskie a dla naszego noblisty nie znaleziono tam miejsca.

17.07.2013 Wykorzystując karnety wjeżdżaliśmy kolejkami zębatymi na szczyty i oglądaliśmy fantastyczną panoramę z różnych stron. Tego dnia zwiedziliśmy szczyt na którym można było wjechać obrotową kawiarnią jeszcze kilkaset metrów wyżej. Powoli czas nam się kończył i wracając już powoli do Polski zahaczyliśmy o hotel w którym mieszkają pracujący w Szwajcarii Polacy a zwłaszcza z kolega z mojej dzielnicy. Wieczorem rozmowy Polaków i w bardzo dobrych warunkach zostaliśmy przenocowani za darmo.

18.07.2013 Kolega nas zawiózł do Berna i pokazał to miasto w całej okazałości. Jest co zwiedzać i podziwiać. Wiesia szarpnęła się na jedyny drogi wydatek kupując prawdziwą szwajcarską czekoladę prawie 40 dkg za 32 CHF to jest za 112 złotych - ale tylko na prezenty. Dwa dni temu poszaleliśmy kupując sobie po dwie gałki lodów a całą resztę kupowaliśmy w Lidlu bo było albo taniej niż w Polsce, lub delikatnie drożej. 90 % prowiantu przywieźliśmy z Polski.

19.07.2013 Noc za darmo w hotelu - dla nas mieszkających cały czas w namiocie to pewien luksus. Nie mogąc korzystać już z karnetu - inny kanton - rano w ramach oszczędności z kapcia weszliśmy na szczyt po drodze mijając się z zębatą kolejką. Wybraliśmy typowo górską dróżkę i mocno zmordowani z lekka odwodnieni weszliśmy - i tam przy niesamowitych widokach zjedliśmy wspaniałe śniadanie ( normalne kanapki plus kawa z termosu). Dlaczego wspaniałe śniadanie - gdziekolwiek byśmy zjedli w Szwajcarii to takie śniadanie kosztowałoby nas co najmniej 60 złotych na osobę. Powrót do hotelu, prysznic, makaron z paczki plus pulpety ze słoika i obiad, że palce lizać. Dwugodzinna drzemka i o godzinie 20 wyjazd do Polski.

Epilog Wyjazd zaliczam do bardzo udanych i dobrze, że dzięki UECT zostaliśmy zdopingowani do zobaczenia tego pięknego kraju. Korzystając tylko z przewodnika "Pascala", wiedza turystyczna nie jest za bogata i dopiero na miejscu uczyliśmy się jak najtaniej ale i jak najlepiej i najwięcej zobaczyć w tym bardzo dla nas drogim państwie. Nam się to udało i życzę wszystkim podobnych wrażeń a przede wszystkim piękna przyrody tam spotykanej. Zapraszamy do galerii.

©Michał